Zgłoś uwagę

Rozmowa z Pawłem Romańczukiem

Paweł Romańczuk – muzyk, kompozytor, konstruktor instrumentów. Niestrudzony innowator i eksperymentator. Jego Małe Instrumenty to zespół koncentrujący się na dźwiękowych poszukiwaniach, a wykorzystujący do tego instrumenty o niewielkich rozmiarach. Koncertują, wydają płyty i książki i prowadzą pracownię oraz warsztaty pod nazwą „Samoróbka”, podczas których buduje się instrument z pozornie "nie muzycznych" przedmiotów. Paweł Romańczuk stworzył oprawę muzyczną kluczowych wydarzeń Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016, czyli „Kwartetu Flow": Mostów, Ceremonii Otwarcia "Przebudzenie", Flow oraz Ceremonii Zamknięcia "Niebo".

Z Pawłem Romańczukiem rozmawia Igor Waniurski

[I.W.] Rok Europejskiej Stolicy Kultury zacząłeś mocnym akcentem. Podczas koncertu w trakcie Weekendu Otwarcia wraz z dyrygentką Agnieszką Franków-Żelazny w spontaniczny sposób sprawiliście, że liczącą ponad tysiąc czterysta osób widownia NFM-u stała się artystami - wielką wrocławską orkiestrą ESK.
[P.R] Moja współpraca z ESK zaczęła się jakieś półtora roku wcześniej, więc aż takie spontaniczne to nie było. Zacząłem od rozmów z Krzysztofem Czyżewskim, potem spotkałem się z Chrisem Baldwinem i stworzyliśmy wizję tego, co będziemy robić. Ta akcja podczas koncertu otwarcia też była przygotowywana wcześniej. Specjalnie na tę okazję powstała muzyka oraz instrumenty, które widownia musiała sama zbudować, siedząc na swoich miejscach – dostarczyliśmy materiały do pracy i instrukcje. Zastanowiliśmy się, w jaki sposób sprawimy, aby tak duża publiczność ze sobą zagrała. Dla niej rzeczywiście było to coś spontanicznego, nie prowadziliśmy przecież żadnych przygotowań czy prób. Cieszy mnie, że pomiędzy światem, jaki reprezentuje Agnieszka – światem muzyki akademickiej i moim byliśmy w stanie zbudować wspólnotę artystyczną. Ja reprezentuję zupełnie przecież inne środowisko, w muzykę wszedłem inną drogą. Znaleźliśmy jednak sposób na wspólne funkcjonowanie w świecie dźwięku i to było super. Cieszę się, że dzięki ESK udało nam się postawić pierwsze kroki we współpracy. Mam nadzieję, że nie ostatnie.

[I.W.] Od dawna upowszechniasz muzykę, która nie jest prosta, jest eksperymentem. Co taka muzyka może dać odbiorcom?
[P.R] To trudne pytanie, bo każdy sam powinien wywnioskować, co mu daje muzyka. Dla mnie cenna jest otwartość na różnego rodzaju doznania. To wręcz przymus, żeby muzyka, którą chcę prezentować ludziom była maksymalnie różnorodna. Jeśli się skoncentrujemy na wąskim zakresie popkultury, gdzie dziewięćdziesiąt procent ludzi słucha jakiegoś wycinka, dziesięciu procent powstającej muzyki, to mamy do czynienia z tworami bardzo do siebie podobnymi. Muzyka może i powinna być dużo bardziej różnorodna i ciekawa. Dostarczająca szerokiego wachlarza emocji związanych z dźwiękiem. Takie działania są oczywiste w zespole Małe Instrumenty i drogę tę kontynuujemy podczas edukacyjnych warsztatów „Samoróbka”.

[I.W.] Tam zapraszasz ludzi do świata muzyki, zmniejszając jednocześnie próg wejścia do twórczości artystycznej. Nie trzeba kończyć szkół muzycznych ani nawet traktować jej jako hobby, aby wziąć udział w warsztatach i czerpać z nich satysfakcję.
[P.R] Dostępność działań kulturotwórczych powinna być na wyciągnięcie ręki. Twórczość artystyczna jest moją główną aktywnością, ale jeżeli za pomocą tych samych narzędzi mogę pomóc w rozwoju innym, to chcę z nich w takim celu korzystać. Na warsztatach pojawiają się osoby z odmiennymi doświadczeniami i historią. Możemy pracować w różnych środowiskach wzajemnie się inspirując. W warsztatach może wziąć udział każdy, na dowolnym etapie życia. Po prostu trzeba kreować odpowiednie potrzeby. Czasem ktoś zainteresuje się samym dźwiękiem. Ale nie każdy musi myśleć od razu strukturą dźwiękową – bywa, że w „Samoróbce” biorą udział ludzie, którzy nie interesują się muzyką, ale mają po prostu potrzebę budowania czegoś. Potem zaczynają się wciągać i naturalną konsekwencją są działania twórcze.

[I.W.] Powiedziałeś kiedyś, że małe instrumenty, takie jak to minipiano czy miniaturowe organy przyciągają swoją nieporadnością. Nie stwarzają barier, nie onieśmielają - zachęcają do kontaktu.
[P.R] To na zasadzie kontrastu. Jest świat muzyki akademickiej, w którym wszyscy są super wykształceni, zapięci na ostatni guzik i garnitur trzyma ich sztywno. Powstaje wrażenie, że taka muzyka wykonawcza nie jest dla nas. Że najpierw należy przeprosić, a dopiero później, po godzinach nieśmiało podejść do fortepianu. Mnie bardziej interesuje żywa materia, gdzie rozmawia się z ludźmi przez proste komunikaty. Podanie do rąk źródła dźwięku powoduje, że ludzie zaczynają się nim cieszyć. Taka edukacja jest wartościowa w każdym wieku. Zbyt często rozpatrujemy ją tylko przez pryzmat dzieci i młodzieży. O naszym kraju mówi się, że jesteśmy głusi. Chyba tak trochę jest, że mamy niewiele osobistych doświadczeń muzycznych i się w tym ograniczamy. Podczas warsztatów za granicą obserwuję coś zgoła innego – przychodzą dorośli, którzy swobodnie chcą spróbować czegoś nowego. Chcę wywołać taki ferment, aby na wskroś pokoleń tworzyły się grupy ludzi, którzy po prostu chcą grać muzykę.

[I.W.] W trakcie roku ESK grupa ludzi uczestniczyła w warsztatach, których finałem był koncert z użyciem przygotowanych instrumentów. Miał miejsce podczas Weekendu Zamknięcia. Czy te warsztaty różniły się od poprzednich działań tego typu?
[P.R] Pewnie, bo po raz pierwszy robiliśmy warsztaty o takiej skali. Wcześniejsze trwały od dwóch do pięciu dni, a to za mało, by wypracować większy efekt. Dzięki ESK mogliśmy popracować ponad pół roku; każdy uczestnik miał swoje miejsce w naszej pracowni i pełne wsparcie. Po zakończeniu pracy nad instrumentami podjęliśmy próby muzyczne. Wcześniej, mimo, że warsztaty robiłem już ze sto razy, nigdy nie miały takiej skali. Przed nami ostatni etap – w marcu wydajemy płytę z nagraniami powstałymi w trakcie pracy. Kształt w jakim „Samoróbka” zafunkcjonowała podczas ESK jest cenny, pokazuje jaki potencjał drzemie w ludziach.

[I.W.] Co będzie na płycie?
[P.R] Pamiętajmy, że to działanie miało charakter eksperymentu, tak więc i płyta będzie eksperymentem. Przykład, nie spodziewajmy się, że sens zbudowania wiolonczeli ze metalowego śmietnika jest uzasadniony wtedy, gdy będzie się na niej dało zagrać fragment muzyk barokowej. Tworzenie nowego rozwiązania nie powinno naśladować pierwowzoru. Najlepiej grające wiolonczele mamy przecież od kilkuset lat.

[I.W.] Jakie były założenia przy kreacji muzyki do kluczowych wydarzeń ESK, czyli „Kwartetu Flow” Chrisa Baldwina?
[P.R] Zaczęliśmy od projektu Mosty, gdzie pisałem muzykę na "most Grunwaldzki". Interesujący był czerwcowy pokaz Flow na Odrze – muzykę pisało czterech kompozytorów, bazując na fragmentach utworów które im dostarczyłem: ich początkach i końcach. Nie było to łatwe, gdyż kompozytorzy musieli odnaleźć się w sytuacji, w której punkt wyjścia i zakończenie zostało im narzucone. Dochodziło do nerwowych sytuacji, ale się udało. Te kompozycje wróciły jeszcze w finałowym pokazie „Niebo” w Hali Stulecia. Muzyka jest sama w sobie artystycznym konstruktem. Jej użycie w charakterze ilustracji performansu służyć powinno opowieści. Powinna być funkcją całości dzieła, wspomagać efekt finałowy. Na początku współpracy zapytałem Chrisa, czy dobrze przemyślał to, że zaprasza właśnie mnie. Miał przecież w założeniu projekt masowy, natomiast ja tworzę zupełnie niszową muzykę. Odpowiedział, że zapoznał się z moją twórczością i uważa, że to słuszny kierunek. Nie chciał lukrowanego cukierka tylko kreacji artystycznej. Dzięki tej współpracy nauczyłem się nieprawdopodobnie dużo, to było wspaniałe doświadczenie. Dostosowanie do siebie tak wielu elementów: choreograficznych, narracyjnych, reżyserskich, kostiumowych i plenerowych, było wyzwaniem. Interesujące było też przekonanie się jak wygląda nasza gotowość na wydarzenia, które przez swój charakter, nie mogą być poprzedzone dużą ilością prób. Przy tysiącach ludzi na ulicach niemożliwe było oczekiwanie, że wszystko będzie przewidywalne i zaprogramowane jak w zegarku.

[I.W.] Co dał ci rok 2016?
[P.R] Masę rzeczy, przede wszystkim zupełnie inną perspektywę pracy z ludźmi i doświadczenie w wielu obszarach. Czuję, że poszerzyły się moje horyzonty; poznałem mnóstwo nowych ludzi. Działam już dziesiąty rok we Wrocławiu, a wcześniej nie miałem możliwości pracy z takimi artystami jak Agnieszka Franków-Żelazny. Cieszę się również z tego, jak działamy w pracowni Małych Instrumentów. Pracujemy w niej z ludźmi, także zza granicy, nad kulturą głęboką, czyli tym, co leżało u początków programu ESK, cieszę się, że nasze działania stają się coraz bardziej międzynarodowe.

[I.W.] Co według ciebie zyskał Wrocław i jego kultura muzyczna dzięki ESK?
[P.R] Nie czuję się na siłach aby przedstawić pełną ocenę. Nie byłem uczestnikiem dziewięćdziesięciu procent wydarzeń. Ten rok dał mi tak dużą ilość zajęć, że nie mogłem sobie na to pozwolić czasowo. Jednak gdy spojrzę na swoją pracę podczas ESK i to, co mogłem zrobić dla ludzi w mieście, to widzę, że był to dla mnie rok zupełnie nowej jakości. Dotarliśmy do nowych odbiorców, rozwijamy idee Małych Instrumentów. Chcemy, aby nasza pracownia była jeszcze bardziej otwarta dla ludzi. Planujemy też wkrótce przenieść się do nowego miejsca, na ulicę Ruską. Chcemy robić jeszcze więcej warsztatów a także otworzyć galerię toy piano.

[I.W.] Tworzysz we Wrocławiu już dziesięć lat. Czy uważasz, że to miasto pozwala na rozwój artystyczny?
[P.R] Pracowałem chyba we wszystkich największych miastach w Polsce. W każdym z nich dzieje się coś ciekawego. Ale Wrocław się wyróżnia. Nie wiem, czy to zasługa klimatu czy powiązań ludzkich i możliwości, jakie oni tworzą. A może umiejętna formuła zarządzania kulturą? Działa tu mnóstwo wspaniałych ludzi. Spójrzmy na Akademię Muzyczną, gdzie tworzą Cezary Duchnowski czy Paweł Hendrich. Jest tu Agata Zubel. Wrocław ma świetne festiwale muzyki współczesnej, jak Musica Polonica Nova i Musica Electronica Nova, organizowany z Centrum Technologii Audiowizualnych CeTA, gdzie krzyżują się różne technologie. Mnóstwo artystów działa oddolnie, w moimi stylu, na przykład grupa Karbido, Kormorany czy Michał Litwiniec. To wszystko ludzie, którzy robią swoje bez względu na dobre czy złe kierunki wiatrów w świecie kultury. Czy tak się dzieje w innych miastach? Nie wiem, ale myślę, że wcale nie musi być tak cudownie. Stawiam na to, że mając pod ręką takie koleżanki i kolegów, jesteśmy w stanie stworzyć ciekawą platformę dla rozwoju takiego myślenia muzycznego we Wrocławiu.

Wywiad ukaże się w następnym, podsumowującym numerze Gazety Europejskiej Stolicy Kultury, która będzie dostępna w lutym w Barbarze (Świdnicka 8c) i wielu wrocławskich instytucjach kultury.

Galeria

Kliknij, aby powiększyć zdjęcie

Paweł Romańczuk fot. Marcin Oliva Soto Paweł Romańczuk fot. Łukasz Rajchert (2)

Tagi

Podziel się

Wróć do spisu aktualności
<< Poprzednia Następna >>

Nagłówek


Email marketing software powered by FreshMail